Kanada, czyli 10 + … na wadze?

Dzisiaj będzie o … otyłości. (M. stwierdził, że jakoś za naukowo to napisałam, więc z góry przepraszam.) Przed przyjazdem do Kanady i zaraz po przyjeździe – straszono nas, że – no nie ma bata – będąc w Ameryce przytyjemy co najmniej 10 kilo: „Wszyscy tyją, bo takie jest jedzenie i nie ma przeproś, zobaczycie”. Hmm … na szczęście w naszym przypadku, to się do końca nie sprawdziło i raczej schudliśmy, ale … dane statystyczne dla Kanady rzeczywiście nie są najlepsze i lokują ją na 7 pozycji pośród krajów walczących z tym problemem (swoja drogą nie wiedziałam, że Węgry znajdują się na 4 miejscu). Global News donosi, że w 2025 r. (czyli za 7 lat) prawie 34% Kanadyjczyków będzie zmagało się z nadmiarowymi kilogramami. Nasza prowincja – Nowa Szkocja, należy do tych bliżej dolnego ogonka listy tzn. ma trochę większy odsetek populacji z otyłością, za to najlepiej wg. rankingu BMI – jest w BC oraz QC. To mnie w sumie nie dziwi, bo Kolumbia Brytyjska (BC) słynie z przewagi Azjatów (Ci z kolei znani są ze swojej chudości), no a Quebec (QC) to przewaga Francuzów, a wiadomo jak Francuzi jedzą … Dobra, ale to w sumie wszystko stereotypy, no to skąd te liczby no i najważniejsze – dane, danymi – a jak to wygląda na ulicach, zapytacie?

No więc tak .., powiem Wam szczerze, że chyba już „wsiąkłam” albo się przyzwyczaiłam, bo chociaż widuję ludzi  „większych” niż potrzeba właściwie codziennie, to chyba epidemii bym nie stwierdziła. Ci więksi sprawiają zresztą wrażenia chorych bardziej, jakby napompowanych, niż tak normalnie grubszych.

Jest to dla mnie taki paradoks, bo w moim odczuciu Kanadyjczycy są raczej „aktywnym” narodem i to od 3 – latka po 90 – latka. Młodzi i starsi – lubią sporty, wszelkie aktywności na dworze, campingi, hokeja, narty, pływanie …  nasz CGC w Halifaxie – ludem obłożony od rana do wieczora, inne kluby – jak GoodLife fitness powstają jak grzyby po deszczu, to klientów chyba mają? To ja już sama nie wiem … No chyba, że właśnie mają klientów, bo wszyscy chcą te nadmiarowe kilogramy zrzucać, hmm?

Może też być tak, że skoro sama staram się być aktywna fizycznie, to akurat bywam w takich miejscach, gdzie tylko tacy ludzie przeważają i stąd taka moja opinia. Znacie to uczucie? Podświadomość trochę tak działa, że gdy interesujemy się jakimś tematem, to mamy zaraz wrażenie, że wszyscy się nim interesują lub zajmują np. kobiety w ciąży zaraz widzą tylko inne ciężarne kobitki wszędzie, a jak myślisz o wyjeździe do Kanady – zaraz tylko takie informacje wyłapujesz i już Ci się wydaje, że pół Polski też wyjeżdża, a o blogowaniu to Wam nawet nie wspomnę. Prawie WSZYSCY blogują 🙂 hehe, taki to psikus psychologiczny.

W każdym razie, naukowcy sami do końca nie wiedzą, o co chodzi z tym tyciem. Na pewno duża dostępność (ilość i cena) dań gotowych z mrożonek, z puszek i wysoko przetworzonych substytutów art. spożywczych, nie działa na korzyść lokalnego konsumenta przy podejmowaniu racjonalnych wyborów (hmm myślę, że może i w Polsce nie mamy aż tylu regałów z mrożonkami, ale za to produktów instant i z proszków to ci u nas dostatek). To może GMO? Faszerowane antybiotykami kurczaki i mięso, a może popularne fast foody? Taki mamy klimat, czy coś?

Hmm, moja osobista – spiskowa teoria jest taka, że ludzie niezależnie od szerokości geograficznej – zwyczajnie się przejadają i mają złe nawyki żywieniowe – jedni bardziej świadomie, inni mniej, ale zwyczajnie jemy za dużo i od tego tyjemy. TYLKO tyle 🙂 (Pomijam tutaj oczywiście wpływy chorób, ciąż czy genów).

Nie czytamy etykiet, nie patrzymy na wartości kaloryczne i ilości cukru w napojach, jogurtach, dżemach czy mleku smakowym, a puszki „pop” przez niektórych spożywane są kilka razy dziennie. Jedna „kawa” w Starbucks potrafi mieć nawet 430 kcal – normalnie prawie jak 2 pączki, a więc to deser! Jedzenie dodatkowo pakowane jest w ogromne paki, to żeby się nie marnowało, wyjadamy. Dodatkowo, porcje jedzenia podawane w restauracjach zamiast się zmniejszać to się zwiększają. Jakiś napój gratis, darmowa dolewka coli? Sure! Jesz więc więcej, za „mniej”, bo zapłacone no to dawaj – ALL you CAN EAT. Dalej idzie już fala usprawiedliwień – jemy bo się stresujemy, jemy bo właśnie się nudzimy, jemy bo nam przykro, jemy bo nam wesoło, jemy bo mało czasu albo wręcz za dużo itd. Potem większość dnia spędzamy za kółkiem lub za biurkiem, przedszkola, szkoły – też nie zawsze oferują najlepsze produkty. Na efekty nie trzeba długo czekać, right?

Ale mniejsza o to, bo ja sama żadnym ekspertem od jedzenia i żywienia nie jestem. To co dla Was jest istotne to fakt, że życie i mieszkanie w Kanadzie wcale nie oznacza, że nagle przytyjecie + 10 kilo 🙂 Co to, to nie. Tutaj czekają na was takie same wybory jak w każdym innym miejscu na świecie. A i okazji do wysiłku też jest tyle samo, a może i więcej, bo odśnieżać dłużej trzeba.

Ps: Właśnie wróciliśmy z Canada Games Center (CGC) w Halifaxie.  Jest to jeden z kilku (no dobra – 1 z 2) większych ośrodków sportowych w mieście oferujących w ramach płatnego członkostwa korzystanie z zajęć sportowych.  To co go wyróżnia to: rozbudowany kompleks basenowy, duża ilość boisk, fajny track do biegania – to jest akurat nasz główny powód zapisania się do CGC, chociaż darmową Zumbą też nie pogardzam oraz fakt, że jest jakieś 20 minut pieszo od naszego miejsca zamieszkania (i tak – wstyd się przyznać, w zimie jeździmy do niego samochodem). W zeszłym roku trochę nas odstraszały informacje o stanie wody w basenach (nasi znajomi chodzili regularnie i trochę nam opowiadali) oraz niejasne restrykcje co to ubioru (np. kąpiele w spodniach dżinsowych). Doszliśmy jednak do wniosku, że trudno – będzie jak będzie, ideałów nie ma nigdzie, a skoro M. dostał zniżkę na zakup karnetów z pracy – to trzeba korzystać póki można. Poza tym wiecie jak jest … „NOWY rok, NOWA ja!”. Także ten, ćwiczymy, ćwiczymy i nie poddajemy się!

 

A Wy jak myślicie o tej otyłości w Kanadzie? Widać jakiś problem na ulicach?

Em.

10 thoughts on “Kanada, czyli 10 + … na wadze?

  1. Na ulicach może tego jakoś tak bardzo nie widzę, bo w Anglii widziałam znacznie więcej otyłych osób, ale wystarczy, że widzę co kupują Kanadyjczycy, co jedzą w pracy i jakie posiłki przygotowują w domach. Przerażona jestem, że organizm ludzki może wytrzymywać taką dawkę przetworzonego „jedzenia” i cukru. Plus kofeina- kawa za kawą i oczywiście coca cola. Jasne, nie wszyscy jedzą tak źle, ale z tego co widzę w Manitobie, jest to znaczna większość! O młodych osobach już nie wspomnę. Czasami przez 12 godzin w pracy nie widziałam żeby jadły coś więcej niż chipsy, słodycze i kanapkę z plastiku.

    1. O widzisz, to ciekawe, czyli niezdrowe nawyki żywieniowe wychodzą jak nic. Myślę, że cena też ma znaczenie. Cola 2 litrowa za 0.99 to się kupuje 🙂 Dzięki za komentarz anyway, miło wiedzieć, że ktoś czyta hehe.

      1. Zawsze czytam też o tym pomyślałam! Cena mrożonek też jest dużo niższa niż swieżych warzyw i mięsa…lenistwo też robi swoje, bo ludziom nie chce się gotować niestety.

        1. Ehh…pewnie tak. Ja myślę, że też spora cześć nie umie gotować od postaw, tylko już z gotowców.Takie czasy.

          1. Emi, ciekawie z Matem piszecie, wiec nie bój czytamy;).
            A co do tycia Kanadyjczyków czy raczej ludzi to chyba jednak bardziej to ile się je niż co się je – w myśl wszystko jest dla ludzi… tylko z umiarem…. Nawet można przytyć od owoców. Pamiętam w „Rozmowach w toku” jak prowadząca pyta gościa o problem z otyłością – czy coś dziewczyna próbowała z tym zrobić, a ona na to, a i owszem jak miała ochotę na czekoladę to jadła 3 kg. mandarynek:D, za jednym razem. Kawa niby dobra bo podkręca metabolizm, ale jak mówisz że ta w Starbucks ma ze 400 kcal to pewnie w niej jest cukru więcej niż coli i dziwić się że komuś idzie w boczki.
            Pozdrowienia z Polski

          2. „Co ja pacze?” – Tomi? heh dzięki:)Absolutnie się z Tobą zgadzam, czasami mniej znaczy lepiej. Z ilością jest czasem taki problem tutaj w Kanadzie akurat, że wszystko jest duże, więc jeśli nie lubisz wyrzucać jedzenia, a chcesz świeżo, to trochę jest ciężko czasami. Swoją drogą nieraz widziałam duże ilości „niedokończonych” resztek w koszach – więc chyba ludziom wyrzucanie nie przeszkadza. Ściskamy mocno 🙂

  2. Z tego co zauważyłam to otyli są głównie ludzie z klas niższych ekonomicznie – cóż, węglowodany, bo to od nich głównie tyjemy są po prostu tanie – chleb tostowy za $2, pudełko bułek za $5 czy paczka makaronu za $3 i da się wyżyć za grosze, a raczej centy. Tacka mięsa już tak tania nie jest, no i trzeba to jeszcze jakoś obrobić – i mamy efekt.

    1. Dzięki za komentarz 🙂 Zawsze mi się wydawało, że kilogramy idą raczej w parze z „powodzeniem” 🙂 finansowym. Przynajmniej taki obrazek miałam z Polski. A tutaj nie wiem sama, ale zdecydowanie w Macu czy nawet Timie widać sporo biedniejszych ludzi. Pytanie tylko, czy oni są biedni 🙂 może tylko o siebie nie dbają, bo „who cares”?

  3. Miałam sto podejść do siłowni i wciąż podejmuję nowe wyzwania, ale brakuje motywacji. Jedynie co robie, to staram się zdrowo jeść. Wydaje mi się, że jest to temat rzeka.
    Fakt, na każdym kroku znajdziesz siłownie lub centrum rekreacyjne. Rodzice zapisują swoje dzieci na różne sportowe zajęcia. Myślę, że nie jest aż tak źle.
    Druga sprawa, kto powie NIE na lunch w Mc Donald, jak zestaw dla dzieci kosztuje ok $6. Tim Hortons również ma niezłe ceny…
    Szczerze, uważam, że w Polsce mogłoby być podobnie, ale zwykły zestaw Mc Donald może być droższy niż obiad w barze mlecznym ha ha. Jednym słowem- nie stać nas na to… 🙂

    1. Hehe, bo z motywacją to jest tak, że jak masz do spalenia 2 kg, to nie idzie się zmotywować, ale jak masz już 10 kg, to co innego. Racja też, z tymi cenami fast foodów, to jest zupełnie inna skala. Heh pamiętam zupę w barze mlecznym we Wrocławiu za 1.50 zł 🙂 wieki temu, ale myślę, że i dzisiaj nie kosztuje więcej niż 2 zł.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *